Wielu przedsiębiorców jest przekonanych, że istnieje prosty papierek lakmusowy na to, czy ktoś jest „naprawdę” pracownikiem. Stosunkowo często się z nim spotykam więc w tym artykule kilka słów o tym. A tym papierkiem lakmusowym jest pytanie: z czyjego sprzętu korzysta współpracownik. Skoro grafik pracuje na firmowym laptopie z firmowym oprogramowaniem, operator filmuje kamerą stacji, a serwisant korzysta z narzędzi w hali zleceniodawcy to dla wielu oczywiste, że to ukryty etat. Sprzęt należy do firmy, firma ponosi ryzyko, więc musi być pracodawcą.
To rozumowanie jest intuicyjne i bardzo rozpowszechnione. Jest też często błędne, a w każdym razie zbyt pochopne. Owszem, w klasycznym etacie to pracodawca daje pracownikowi narzędzia pracy i ponosi związane z tym ryzyko. Ale ta zależność działa tylko w jedną stronę. Z tego, że etat zwykle wiąże się z pracą na cudzym sprzęcie, nie wynika, że każda praca na cudzym sprzęcie jest etatem. To dwie różne rzeczy, które łatwo pomylić i na których pomyleniu opiera się jeden z najczęstszych argumentów w sporach o przekwalifikowanie umów cywilnych i kontraktów B2B na umowę o pracę.
Sąd Najwyższy zajął w tej kwestii jasne stanowisko w postanowieniu z 19 marca 2024 r. (II USK 47/23). Sprawa dotyczyła operatora kamery, który przez kilka lat realizował dla telewizji kolejne audycje i koncerty na podstawie umów o dzieło. ZUS chciał uznać go za pracownika, a jako koronny dowód wskazał właśnie to, że pracował w zespole stacji i na jej sprzęcie, w wyznaczonym miejscu i czasie. Sąd ten argument odrzucił, stwierdzając wprost, że praca w zespole i korzystanie ze sprzętu firmy nie są elementami na tyle oczywistymi, by same w sobie świadczyły o pracowniczym podporządkowaniu.
W tym artykule wyjaśniam, dlaczego sprzęt to fałszywy trop i nie należy go traktować jako jedyne kryterium, co tak naprawdę odróżnia niezależnego wykonawcę od pracownika i jak ułożyć współpracę tak, żeby udostępnienie komuś firmowych narzędzi nie obróciło się przeciwko Tobie podczas kontroli.
Co się wydarzyło?
Pan M.F. był operatorem kamery, i to nie byle jakim, tylko cenionym specjalistą od konkretnego, trudnego sprzętu (m.in. tzw. krana kamerowego, czyli kamery na ruchomym wysięgniku). Był „rozchwytywany” na rynku, współpracował z różnymi telewizjami, sam negocjował stawki, prowadził własną działalność gospodarczą, a nawet zatrudniał innych operatorów, których sam rozliczał.
Z jedną ze stacji telewizyjnych zawierał przez kilka lat kilkanaście odrębnych umów o dzieło, każda do konkretnej audycji czy koncertu (zrealizowanie zdjęć do danego programu). ZUS uznał, że to tak naprawdę ukryte zatrudnienie pracownicze, i zażądał objęcia go ubezpieczeniami jako pracownika. Kluczowy argument ZUS był prosty i intuicyjny. Skoro pan operator pracował w zespole i na sprzęcie należącym do stacji, w wyznaczonym przez nią miejscu i czasie, pod nadzorem, a efekt musiał spełniać jej standardy techniczne, to wygląda praca etatowego operatora. Tym bardziej, że inni operatorzy w tej samej stacji rzeczywiście byli zatrudnieni na umowach o pracę.
Sądy obu instancji oraz Sąd Najwyższy odrzuciły to rozumowanie. Uznały, że pana M.F. łączyły ze stacją umowy cywilne (o dzieło), a nie etat.
Sprawdź również: Interpretacja indywidualna PIP – co to i gdzie złożyć wniosek?
Dlaczego to ważne i dlaczego sprzęt jest tu sednem?
To orzeczenie rozprawia się z jednym z najczęstszych i najbardziej zwodniczych argumentów w sporach o reklasyfikację: „skoro pracuje na moim sprzęcie, w mojej firmie, z moim zespołem, to chyba jest moim pracownikiem”. SN powiedział wprost, że tak nie jest, a przynajmniej, że samo to niczego nie przesądza.
Sąd Najwyższy wskazał:
„Praca w zespole i korzystanie ze sprzętu należącego do spółki nie są argumentami wykluczającymi w sposób oczywisty możliwość ustalenia (faktycznego) i oceny (materialnoprawnej), że spółka zawarła z ubezpieczonym umowę o dzieło, a nie umowę o pracę. Nie są to elementy na tyle oczywiste, aby świadczyły prima vista o pracowniczym podporządkowaniu (organizacyjnym oraz merytorycznym).”
Żeby zrozumieć dlaczego, warto cofnąć się do tego, czym w ogóle jest „ryzyko” w stosunku pracy. Jedną z klasycznych cech etatu jest to, że ryzyko gospodarcze i organizacyjne, w tym ryzyko związane z narzędziami pracy, ponosi pracodawca. To on daje pracownikowi biurko, komputer, kamerę, halę produkcyjną; pracownik nie inwestuje własnego kapitału. I tu rodzi się pokusa odwrócenia tego rozumowania: skoro to firma dostarcza sprzęt, to znaczy, że ponosi ryzyko, a więc jest pracodawcą. SN ucina ten skrót myślowy. Korzystanie z cudzego sprzętu jest może typowe dla etatu, ale nie jest jego cechą konstytutywną ani wyłączną. Innymi słowy: każdy etat zwykle wiąże się z pracą na sprzęcie pracodawcy, ale nie każda praca na cudzym sprzęcie jest etatem. To zależność jednokierunkowa, a ZUS próbował ją odwrócić.
Dlaczego praca na cudzym sprzęcie nie świadczy o etacie? Bo w wielu uczciwych umowach cywilnych jest ona po prostu nieunikniona z natury rzeczy. Operator nie przyniesie własnego krana kamerowego ani własnego studia na koncert telewizyjny. To fizycznie i ekonomicznie absurdalne. Wykonanie dzieła (nakręcenie audycji) z definicji wymaga sprzętu zamawiającego. Gdyby przyjąć logikę ZUS, to praktycznie każdy specjalista wpuszczony na teren zleceniodawcy z jego maszynami automatycznie stawałby się pracownikiem, a to przekreślałoby całe kategorie legalnej współpracy: serwisantów, ekipy filmowe, podwykonawców na budowie, informatyków pracujących na infrastrukturze klienta. SN nazwał to wprost: praca w zespole i korzystanie ze sprzętu spółki „nie są elementami na tyle oczywistymi, aby świadczyły prima vista o pracowniczym podporządkowaniu”.
To samo dotyczy drugiego argumentu ZUS, że inni robili to samo na etacie. SN odpowiedział zdaniem, które warto zapamiętać: „nie ma tu relacji per analogiam”. Z tego, że kolega operatora jest zatrudniony na umowę o pracę, nie wynika nic na temat charakteru umowy pana M.F. Każdy stosunek prawny ocenia się indywidualnie, po jego własnych cechach. Ta sama czynność – obsługa kamery – może być legalnie wykonywana i na etacie, i na dziele; decyduje całość okoliczności, a nie nazwa stanowiska kolegi z planu.
Co więc faktycznie przesądziło o uznaniu, że to nie był etat? Te elementy, których sprzęt i zespół nie są w stanie „przebić”: pan M.F. mógł odmówić udziału w danej produkcji, sam negocjował wynagrodzenie, nie miał z góry narzuconego grafiku ani norm czasu pracy, był rozliczany z wykonanego zadania (a nie z gotowości do pracy), nie musiał usprawiedliwiać nieobecności, mógł odmówić pracy poza Warszawą, a między kolejnymi umowami bywały przerwy. Nadzór realizatora wizji dotyczył samego dzieła i jego jakości artystycznej, a nie bieżącego dyrygowania operatorem. Słowem: zachował realną samodzielność i ponosił własne ryzyko zawodowe. Sprzęt był stacji — ale wszystko inne wskazywało na niezależnego wykonawcę.
Sprawdź również: Kierownictwo pracodawcy. Granica między etatem a B2B według Sądu Najwyższego
Praktyczne wnioski dla przedsiębiorcy
Dla firmy, która współpracuje ze specjalistami na umowach cywilnych lub B2B, płynie stąd kilka konkretnych nauk. Wszystkie obracające się wokół tego, że sprzęt to fałszywy trop.
Po pierwsze: nie bój się udostępniać współpracownikowi swojego sprzętu czy wpuszczać go między swój zespół. Samo to nie zamienia umowy w etat. Jeśli zlecasz nakręcenie materiału, obsługę specjalistycznej maszyny czy serwis na Twojej infrastrukturze, jest naturalne, że wykonawca korzysta z Twoich narzędzi. To nie jest dowód podległości pracowniczej.
Po drugie: skoro sprzęt nie jest kategorią rozstrzygającą, to zadbaj lepiej o całą resztę. Jeśli chcesz, żeby współpraca pozostała cywilna, zadbaj o te elementy, które naprawdę odróżniają niezależnego wykonawcę: realna możliwość odmowy zlecenia, negocjowane (a nie sztywne etatowe) wynagrodzenie, rozliczanie z efektu zamiast z obecności, brak narzuconego grafiku i obowiązku usprawiedliwiania nieobecności, brak wynagrodzenia „za gotowość”. To są rzeczy, na które sąd patrzy w pierwszej kolejności i to one przeważyły w tej sprawie.
Po trzecie: argument „ale u mnie inni robią to samo na etacie” nie zadziała ani na Twoją korzyść, ani na Twoją niekorzyść. Możesz legalnie mieć w jednej firmie i etatowych operatorów, i niezależnych „wolnych strzelców” do tej samej pracy, pod warunkiem, że faktycznie różnią się sposobem współpracy. Posiadanie obu grup nie jest samo w sobie ryzykiem; ryzykiem jest, gdyby „współpracownik” w praktyce pracował dokładnie tak jak etatowiec (ten sam grafik, ten sam przymus stawiennictwa, te same polecenia na bieżąco).
Po czwarte, ostrzeżenie: nie czytaj tej sprawy jako gwarancji. Wynik jest mocno osadzony w konkretnych faktach. Pan M.F. był wziętym, niezależnym fachowcem z własną firmą, który dyktował warunki. Gdyby na tym samym sprzęcie pracował ktoś, kto codziennie melduje się o stałej godzinie, dostaje na bieżąco polecenia, nie może odmówić i jest rozliczany z obecności, ta sama zasada (że liczy się całość, a nie sprzęt) prowadziłaby do przeciwnego wniosku, czyli do uznania etatu. Sprzęt w większości przypadków może być neutralny, a przesądza otoczenie.